Umiłowani czytelnicy!
Tym razem pojadę po kierowcach. Prawie wszystko, co tu opisuję, wydarzyło się naprawdę.
Początek maja. Odwiozłem z kuzynem chorą osobę do szpitala w Bogatyni. W obie strony jedziemy skrótem przez Czechy (Frydlant), gdzie witają nas spokojni, uśmiechnięci ludzie, rozsądnie jadący kierowcy (nie na polskich numerach), widok zadbanych tamtejszych pgr-ów (które nadal skutecznie funkcjonują), działające fabryki (w których pracują Polacy, bo najpierw sami rozpieprzyli swoje własne fabryki na Dolnym Śląsku - co się stało np. z ZNTK w Lubaniu) oraz w miarę utrzymane drogi i infrastruktura. Niestety, już po przekroczeniu Polskiej granicy (pozornie niewidzialnej) wiesz, że jesteś w syfie. Zrujnowane wioski, dziurawe drogi, buraki na drodze. Jakiś debil w ciężarówce wyjechał do połowy drogi, zostawiając jeden pas wolny. Pomyślał, po nagłym olśnieniu, że trzeba wypełnić kartę. Najlepiej się to robi, wyjechawszy do połowy na ruchliwą drogę.
2 tygodnie później. Wracając po odwiedzinach, znowu jedziemy przez Czechy i zastanawiamy się, dlaczego oni spędzają weekend na świeżym powietrzu przed swoimi domkami a Polak tymczasem siedzi w robocie za całe 1500 zł, pracując na lokalnego "byznesmena" aby ten mógł kupić swojej rozpieszczonej córeczce nowy samochód na 18tkę. Biznesmen, o komunistycznej przeszłości (ale co niedzielę widzę go w kościółku - szamana trzeba odwiedzić) nigdy nie ma na podwyżki i pensje wypłaca w ratach. Nie przeszkadza mu to wybudować willę 400m2 na przedmieściach i jeździć bmwx6. Po przekroczeniu granicy w Miłoszowie i minięciu pierdziszewa zwanego Leśną, gwałtowne hamowanie, bo z naprzeciwka, grubo ponad 100 km/h w strefie zabudowanej, szarżuje środkiem jezdni bus. Gdyby kuzyn nie wyhamował, prawdopodobnie tamtego wieczoru wierzerzalibyśmy w Hadesie.
Następne 2 tygodnie później. Powrót ze szpitala. Tym razem wiezie nas kolega. Jedzie trasą przez Zgorzelec. Przez całą drogę obserwujemy wyprzedzanie na trzeciego, przekraczanie prędkości w terenie zabudowanym. Jako smakowite podsumowanie - prawdopodobnie nieźle naprutego wsiuna w starym escorcie, który wynurzył się z wiejskiej drogi i jechał zygzakiem, środkiem jezdni.
A potem płacz i ryk na pogrzebie. Zaszczane oczy wieśniar, które tolerowały, że synek, mężulek, tato czy gach siada po małym piwku za kółko. Pożegnanie ukochanego męża, synalka, chłopaka czy kolegi, bo zawinął się wokół drzewa jadąc swoim pospawanym bolidem. Aspirujemy do Europy Zachodniej, ale obyczaje za kółkiem mamy jak w krajach dawnego ZSRR.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz